Dzisiaj trochę wspomnień. Mam tutaj taką dosyć śmieszną historię, która zdarzyła mi się ponad 10 lat temu…
Podczas mojej klasy maturalnej pojechałem do Stanów Zjednoczonych. Mieszkałem u zwykłej amerykańskiej rodziny. No może nie była taka zwykła, zważywszy na to że moim hostfaderem był ostry Harleyowiec. Nieco mnie ścięło, kiedy przyleciałem do Stanów, zagubiony i lekko przestraszony, a na lotnisku witał mnie koleś w skórzanej czapce oraz kurtce z obciętymi rękawami, wytatuowany podobnie jak bohater serialu Prison Break.
Okazało się, że rodzina jest bardzo fajna i życie z nimi jest całkiem sympatyczne. Historia, którą chcę opowiedzieć wydarzyła się mniej więcej w połowie mojego pobytu. Organizacja, z którą przyjechałem do Stanów zorganizowała wyjazd na Florydę. Przez kilka dni mieliśmy masę fajnych atrakcji. Powrót autokarem do Rochester, gdzie mieszkałem trwał ponad 7 godzin. Wcześniejsza noc była pożegnalną imprezą a w autobusie nie udało mi się złapać snu. Tak więc nie marzyłem o niczym innym, jak tylko o ciepłej kołderce i miękkiej poduszce, gdy tylko dotrzemy na miejsce.
Dojechaliśmy. Ledwo powłócząc nogami dotarłem do samochodu Dona (Donalda) swoją drogą na nazwisko miał Huck. Donald Huck. Śmiesznie co? Don pokrótce wypytuje mnie jak było na wycieczce poczym oznajmia mi, że Ann – jego żona ma dzisiaj urodziny i całą rodziną idziemy do ich ulubionej restauracji. Taaaa…
Cała rodzina składała się z Dona, Ann oraz ich dwóch synów DJ (chyba od Donald Junior… jakoś zapomniałem zapytać) oraz Aarona. No i ja na doczepkę. Krótka kąpiel, nowe ciuchy i ruszamy w drogę. W samochodzie krótka kimka.
Jesteśmy na miejscu. Oczy mi się kleją, w głowie szum. Jestem na prawdę zmęczony. Staram się jednak trzymać fason. Siadamy przy zarezerwowanym stoliku w dość ekskluzywnej restauracji. Zamawiamy swoje potrawy. Na pierwszy ogień idą sałatki oraz coś do picia. Już wtedy zdarzył się pierwszy wstrząs przepowiadający kataklizm…
Szklanka, którą trzymałem w ręku wyślizgnęła się, spadła na talerz rozbijając go i wylewając swoją zawartość po całym stole. Upss.
Na szczęście kelnerzy stanęli na wysokości zadania. Przybiegli ze ścierkami i nowym obrusem. Po chwili sytuacja wróciła do normy. Byliśmy już jednak na celowniku większości gości w lokalu. Dostałem nową szklankę z colą. Sałatki już się nie doczekałem.
Kolacja znów zaczęła upływać w miłej atmosferze. Trochę wspomnień z wyjazdu na Florydę, jakieś dowcipy, mimo zmęczenia spędzałem na prawdę miły czas…
I wtedy to się stało. Chciałem się napić. Zapomniałem jednak, że w szklance znajduje się słomka. Zamaszystym ruchem przyciągnąłem szklankę do ust, a słomka centralnie weszła mi do jednej z dziurek w nosie. Głęboko, aż poczułem ją w zatokach. Tak na prawdę długo nie mogłem pojąć co się stało. Machałem rękoma z otwartymi ustami zezując w kierunku źródła bólu. I patrząc jak ze słomki na stół tryska strumień krwi.
Donald Huck patrzył na mnie przez chwilę, po czym wybuchnął głośnym śmiechem. Chwycił za słomkę i wyrwał mi ją z nosa. Krew trysnęła jeszcze obficiej. Po chwili miałem na twarzy kostki lodu zawinięte w ścierkę. To już był koniec naszej kolacji.
No i tak właśnie było… ubaw był… po dziurki w nosie