Słomka

Zamieszczone Luty 4, 2007 - autor: Jarek
Kategorie: Wspomnienia

Dzisiaj trochę wspomnień. Mam tutaj taką dosyć śmieszną historię, która zdarzyła mi się ponad 10 lat temu…

Podczas mojej klasy maturalnej pojechałem do Stanów Zjednoczonych. Mieszkałem u zwykłej amerykańskiej rodziny. No może nie była taka zwykła, zważywszy na to że moim hostfaderem był ostry Harleyowiec. Nieco mnie ścięło, kiedy przyleciałem do Stanów, zagubiony i lekko przestraszony, a na lotnisku witał mnie koleś w skórzanej czapce oraz kurtce z obciętymi rękawami, wytatuowany podobnie jak bohater serialu Prison Break.

Okazało się, że rodzina jest bardzo fajna i życie z nimi jest całkiem sympatyczne. Historia, którą chcę opowiedzieć wydarzyła się mniej więcej w połowie mojego pobytu. Organizacja, z którą przyjechałem do Stanów zorganizowała wyjazd na Florydę. Przez kilka dni mieliśmy masę fajnych atrakcji. Powrót autokarem do Rochester, gdzie mieszkałem trwał ponad 7 godzin. Wcześniejsza noc była pożegnalną imprezą a w autobusie nie udało mi się złapać snu. Tak więc nie marzyłem o niczym innym, jak tylko o ciepłej kołderce i miękkiej poduszce, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Dojechaliśmy. Ledwo powłócząc nogami dotarłem do samochodu Dona (Donalda) swoją drogą na nazwisko miał Huck. Donald Huck. Śmiesznie co? Don pokrótce wypytuje mnie jak było na wycieczce poczym oznajmia mi, że Ann – jego żona ma dzisiaj urodziny i całą rodziną idziemy do ich ulubionej restauracji. Taaaa…

Cała rodzina składała się z Dona, Ann oraz ich dwóch synów DJ (chyba od Donald Junior… jakoś zapomniałem zapytać) oraz Aarona. No i ja na doczepkę. Krótka kąpiel, nowe ciuchy i ruszamy w drogę. W samochodzie krótka kimka.

Jesteśmy na miejscu. Oczy mi się kleją, w głowie szum. Jestem na prawdę zmęczony. Staram się jednak trzymać fason. Siadamy przy zarezerwowanym stoliku w dość ekskluzywnej restauracji. Zamawiamy swoje potrawy. Na pierwszy ogień idą sałatki oraz coś do picia. Już wtedy zdarzył się pierwszy wstrząs przepowiadający kataklizm…

Szklanka, którą trzymałem w ręku wyślizgnęła się, spadła na talerz rozbijając go i wylewając swoją zawartość po całym stole. Upss.

Na szczęście kelnerzy stanęli na wysokości zadania. Przybiegli ze ścierkami i nowym obrusem. Po chwili sytuacja wróciła do normy. Byliśmy już jednak na celowniku większości gości w lokalu. Dostałem nową szklankę z colą. Sałatki już się nie doczekałem.

Kolacja znów zaczęła upływać w miłej atmosferze. Trochę wspomnień z wyjazdu na Florydę, jakieś dowcipy, mimo zmęczenia spędzałem na prawdę miły czas…

I wtedy to się stało. Chciałem się napić. Zapomniałem jednak, że w szklance znajduje się słomka. Zamaszystym ruchem przyciągnąłem szklankę do ust, a słomka centralnie weszła mi do jednej z dziurek w nosie. Głęboko, aż poczułem ją w zatokach. Tak na prawdę długo nie mogłem pojąć co się stało. Machałem rękoma z otwartymi ustami zezując w kierunku źródła bólu. I patrząc jak ze słomki na stół tryska strumień krwi.

Donald Huck patrzył na mnie przez chwilę, po czym wybuchnął głośnym śmiechem. Chwycił za słomkę i wyrwał mi ją z nosa. Krew trysnęła jeszcze obficiej. Po chwili miałem na twarzy kostki lodu zawinięte w ścierkę. To już był koniec naszej kolacji.

No i tak właśnie było… ubaw był… po dziurki w nosie :)

Roni

Zamieszczone Luty 3, 2007 - autor: Jarek
Kategorie: Biznes

Pierwsze koty za płoty. Zawsze mam problem z początkiem pisania. Czuję się źle – fizycznie źle, gdy na ekranie monitora jest pusto. Kiedy już wymyślę pierwszy pomysł i go pokrótce opiszę – napięcie znika. Mam swojego rodzaju koło ratunkowe – „coś już mam”. Teraz będzie łatwiej.

Ten post będzie o cierpliwości.

W ramach rozprawek biznesowych chciałbym dziś opowiedzieć o moim znajomym, można nawet powiedzieć, że dobrym znajomym – choć, co moim zdaniem jest dosyć śmieszne – nigdy go osobiście nie spotkałem…

Roniego poznałem przez Internet. Jego współpracownik znalazł moją firmę (www.bongo.pl) poszukując w Polsce rynku zbytu dla bardzo ciekawych gadżetów wynalezionych i sprzedawanych przez Roniego. Trzeba przyznać, że miałem sporo szczęścia, że akurat trafiło na mnie. Po kilku skype’owych rozmowach ze współpracownikiem, skontaktował się ze mną Roni. Zaprezentował kilka gadżetów, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Poprosiłem go o próbki, zgodził się bez problemu. Pokrył także koszty wysyłki z Izraela. Zainwestował. Przede wszystkim swój czas. Dokładnie opisał mi każdy z produktów. Zasugerował do jakich firm powinienem z nim się udać. Cierpliwie odpowiadał na wszelkie pytania…

Model biznesowy Roniego jest bardzo prosty. Ma umiejętność wymyślania ciekawych gadżetów reklamowych o dużym potencjale marketingowym. W przeciwieństwie do nudnych długopisów, smyczy i notesików – jego produkty to Ferrari wśród gadżetów. Tutaj wymienię tylko jeden gadżet – hiperkartę – tak nazwałem ten produkt na rynku polskim. Dokładny opis tego sprytnego dingsu znajdziecie tutaj. Jest to gadżet o rozmiarach karty kredytowej, którą wsuwa się do wózka sklepowego zamiast monety dwuzłotowej. Jest to z jednej strony bardzo praktyczny diwajs z drugiej – doskonały nośnik reklamy. Konsument ma przed oczami reklamę produktu – właśnie wtedy gdy dokonuje zakupu. Czy może być lepszy czas lub miejsce na wystosowanie przekazu marketingowego? To genialne rozwiązanie jest po prostu marketingowym strzałem w dziesiątkę!

… problem polegał na tym, że tylko ja tak uważałem. Przez ponad rok żadna firma nie zainteresowała się poważnie zakupem hiperkart. Owszem bariera minimalnego zakupu 50 tysięcy sztuk zostawia na polu gry tylko największych graczy, ale i takich u nas w kraju nie brakuje. Przez ponad rok starałem się (z większym lub mniejszym zapałem) sprzedać ten produkt. Bezskutecznie.

Co zrobiłaby większość producentów. Co zrobiliby na miejscu Roniego? Uznaliby, że w pewnym momencie czas postawić na innego konia. Tym bardziej, że z Polski zgłaszały się do niego inne firmy, które chętnie wzięłyby kilka jego gadżetów pod swoje skrzydła. Jednak Roni wszystkie te firmy kierował do mnie. Lojalność? Przyznacie rzadka to cecha w naszych czasach.

Teraz czas na hepiend.

Z początkiem tego roku pojawiło się pierwsze zamówienie na hiperkartę. Duża firma zdecydowała się oprzeć na niej swoją promocję. Po ponad roku i pół spławik drgnął i złowiliśmy z Ronim grubą rybę. A czujemy, że obok haczyka kręci się teraz kilka większych sztuk. Polska to dziwny kraj… jak słusznie zauważył mój przyjaciel – każdy boi się zrobić ten pierwszy „inny” krok. Użyć do promocji gadżetu, którego nikt inny jeszcze nie użył… bo co się stanie jeżeli promocja nie wypali… lepiej przecież skorzystać ze starych, sprawdzonych metod… ale skoro ktoś już zrobił ten „inny” krok…

Roni chyba w końcu się doczekał.

Innym także życzę cierpliwości.

Spróbuję

Zamieszczone Styczeń 26, 2007 - autor: Jarek
Kategorie: Internet

Uświadomiłem sobie właśnie, że od wielu lat prawie wogóle nic nie piszę. Owszem piszę dużo ale to nie jest pisanie, o które mi teraz chodzi. Odpisywanie na maile, pisanie tekstów reklamowych to nie jest pisanie.

Dlatego wymyśliłem sobie ten blog. W miarę czasu i ochoty spróbuję tutaj napisać rzeczy, które będą aktualnie krążyły po mojej głowie. Co to będzie? Nie wiem i nie wiem nawet czy będzie. Dlatego nawet nie publikuję nigdzie tego bloga. Zobaczymy jak dalej potoczy się jego historia.

Dzisiaj na przykład opiszę moją myśl z przedwczoraj. Mianowicie: siedzę teraz po uszy w całym tym nurcie Web 2.0. Naoglądałem się tych serwisów, naczytałem się informacji … i powiem wam, że mam takie przemyślenia :

myślę, że wiem czym będzie następny krok: czyli Web 3.0. Jestem nawet w stanie wyłożyć wam jego definicję. Oto ona:

„Web 3.0 będzie niczym innym jak tylko (a może aż) Web 2.0, które będzie na siebie zarabiać”

I krótke rozwinięcie myśli…

Zauważcie, że wszystkie obecne giganty i giganciki jak: YouTube, MySpace, Flikr (tak to się pisze?) – są fajne odkrywcze… ale nie przynoszą sęsusrikte jakichkolwiek zysków… no może poza Adsensowym napiwkiem. Owszem, ich twórcy dostali kupę kasy za sprzedaż biznesu „wyższej instancji” – ale fakt pozostaje faktem – na tę chwilę serwisy nie zarabiają zbytnio na siebie.

Web 3.0 zintegruje w skuteczny sposób reklamę z serwisem. Użytkownicy nadal nie będą płacić za usługi, jednak będą bardziej świadomi tego, że dzieje się tak dzięki reklamodawcom. Reklamy zmienią się z bannerów i pop up’ów w zwykłe 30sekundowe spoty (takie jak w TV) … i wiecie co? Będziemy je oglądać! To cena jaką zapłacimy za Web 3.0.

Kiedy to będzie? Myślę że nie dłużej niż za 2-3 lata.

Ps.

A co tam! Jednak opublikuję tego bloga. Raz kozie śmierć.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.